poniedziałek, 17 lutego 2014

Gdy w życiu zderzysz się ze ścianą

Zbliża się kwiecień i kolejny maraton. Ostatni w wyzwaniu, ostatni potrzebny do zdobycia korony polskich maratonów. Ale czy ostatni w ogóle? Nie sądzę. Raczej będę chciała zwiększyć wyzwanie i podejść do dystansu ultramaratońskiego, na początek pewnie 66 km. Zastanawiacie się dlaczego – bo też i moje bieganie zaczyna wyrastać ponad sportowe hobby, a przybiera postać z tych, co to ludzie kręcą sobie kółko przy skroni. Znaczy – świr. Sama się zastanawiałam. Długo i wielokrotnie, bo co jak co, ale długie dystanse sprzyjają refleksji.
Dlaczego w ogóle zaczęłam biegać maratony? Pierwszy był prosty jak barszcz – namówiła mnie koleżanka. Absolutnie nie wiedziałam, na co się piszę, ale pobiegłam dla towarzystwa. Na 25. kilometrze złapałam kontuzję. Wtedy wydawało mi się, że wykluczającą dalszy bieg. Teraz nie jestem już taka pewna. Bolało, owszem, nie mogłam ruszać nogą – ale czy to wykluczało dalszy bieg? Na tamtym etapie mojej motywacji – tak. Na etapie, na którym jestem obecnie pewnie dociągnęłabym do końca. Bo jedno, czego się nauczyłam, biegając to to, że maratonu nie biegniesz ciałem. Biegniesz go sercem i głową. Widzieliśmy podobną rzecz wszyscy, gdy Justyna Kowalczyk zdobyła swój złoty medal, biegnąc na 10 km ze złamaną stopą. Wszystkim niedowiarkom, którzy kręcą nosem „nie wiadomo, jak z tą złamaną stopą było” powiem – jest taka granica determinacji, że ból się nie liczy. Jeśli poświęcasz czemuś kilka lat, podporządkowujesz życie swoje i ważnych dla siebie osób, pokonujesz ból i zmęczenie to nie zrezygnujesz tylko z powodu złamanej stopy. I wierzcie mi – nie chodzi o kasę, jaką Kowalczyk zarabia.
Ja tego swojego pierwszego maratonu nie przebiegłam. Niezależnie od przyczyn – nie dałam rady. Gorycz klęski była ogromna. Dół psychiczny jeszcze większy. Taki, że nie chcę poczuć nic podobnego nigdy w życiu. Czułam, że nie nadaję się do niczego i że można mnie wyrzucić na śmietnik. Że wszystkie życiowe porażki są uzasadnione, bo przecież..patrz jak wyżej. I wtedy postanowiłam, że ja wszystkim jeszcze pokażę. Pomógł kolega rehabilitant i za trzy miesiące ponownie stanęłam na starcie. Miałam motywację dodatkową, osobistą, nie sportową. Pomyślałam sobie, że jak uda mi się pokonać ten cholerny maraton, to i to drugie mi się uda…Ostatnie 6 kilometrów biegu pokonałam z zaciśniętymi zębami i jednym zdaniem w głowie „choćbym się miała kurwa czołgać, to dotrwam do mety”. Udało się. Linię mety mijałam płacząc i śmiejąc się jednocześnie. I wiecie co? Tę drugą rzecz również udało mi się zrobić. Okazało się, że wystarczy spróbować i wcale nie było to tak trudne i nieosiągalne jak mi się wydawało.  I na całą resztę swojego życia też zaczęłam tak patrzeć – jeśli bardzo tego chcesz, to wystarczy zacisnąć zęby i iść do przodu. Może powoli, może właśnie ze łzami w oczach, może pokonując ból i rezygnując z innych rzeczy, ale da się. W ostatnim Newsweeku przeczytałam wywiad z lekarzem naszej kadry olimpijskiej, Robertem Śmigielskim – i znalazłam to samo. „Ktoś dochodzi do ściany w życiu prywatnym, wydaje mu się, że nic się nie da. A gdy pokonuje w sporcie kolejne bariery, to sam widzi, że się da: pół roku temu nie mogłeś złamać 50 minut na 10 km, a teraz możesz. To zależy od ciebie. Możesz pokonać każdą przeciwność losu, wszystko jest w twoich rękach”. Ta determinacja wydaje się nawet momentami autodestrukcyjna, bo przecież trzeba bardzo nienawidzieć siebie, żeby tak się katować, przekraczać granice możliwości własnego organizmu – czyż nie?
I tu dochodzimy do najważniejszego – co trzeba mieć w głowie, żeby się tak męczyć? To samo, co mają ci, którzy chleją wódę i ćpają – niedobór. Uczuć, pewności siebie, bliskości. Albo nadmiar emocji czy kompleksów. Bieganie, w ogóle sport wymagający wykraczania poza swoją strefę komfortu jest ekwiwalentem, lekarstwem i sposobem na zapomnienie.  „Zdecydowałam wtedy, że lekarstwem na moją niemoc będzie pogoń za wyrafinowanym, ekstremalnym marzeniem wymagającym totalnego przekonania i pasji. Marzeniem tak wielkim, że nie mogłabym go spełnić bez absolutnego przekonania o jego słuszności ”– mówi w jednym z wywiadów Diana Nyad. To ta kobieta, która jako 64-latka przepłynęła z Kuby na Florydę. 177 km. Jednym ciągiem. Jako pierwszy człowiek. Udało jej się to po kilku nieudanych próbach. A czym była ta niemoc? Traumą po tym, że Diana była molestowana jako dziecko. Inaczej zawodniczka nie była sobie w stanie z tym poradzić. 177 km w wodzie było odpowiednim lekarstwem.
Nie twierdzę, że wszyscy biegacze długodystansowi byli molestowani w dzieciństwie. Ale większość z nich, zwłaszcza tych, którzy biegają amatorsko, w ten sposób radzi sobie z rzeczywistością. Rzeczywistością, która inaczej przerasta i przytłacza. Na longu, kiedy boli cię już każdy mięsień i czujesz każdy oddech wszystko zaczyna nabierać odpowiednich proporcji i właściwego znaczenia. Smutek przestaje być nieznośny, gniew zaślepiający, agresja znika. Śmiało można powiedzieć, że bieganie jest terapią – może tylko nieco tańszą i nieco bardziej męczącą niż ta u psychoterapeuty.
 

 

wtorek, 28 stycznia 2014

Dlaczego lubię biegać zimą


Moje ostatnie bieganie wyglądało tak:

1.      Spojrzenie przez okno: słońce, śnieg, -9. „Eee, może by nie wychodzić? Zimno, biegałam wczoraj, bolą mnie nogi, znowu trzeba na siebie tyyyyyle zakładać”

2.      No dobra. Ale króciutko, naprawdę.

3.      (Już na zewnątrz) O, cieplej niż wczoraj! Nie pizga złem! No to do zalewu i z powrotem (6 km).

4.      Po 340 metrach (pierwsze czerwone światło): „ciut ciężko się biega w tych zaspach…”

5.      Po 2,5 km: no dobra, to zrobię tylko pętelkę dookoła zalewu i zaraz wracam.

6.      Po 7 km i dwóch pętelkach przez zaspy nieskażone ludzką stopą: „Ale (wdech) super (wydech) się biega (wdech) po tych (wydech) cholernych zaspach (zadyszka, 94 %hr max)

7.      Po 10 km, ślzgając się po lodzie (zdecydowanie potrzebuję nowych butów do biegania): chyba jednak nie zrobię dziś długiego wybiegania.

8.      11,2 km, jeszcze 340 metrów do domu: Chyba mam zawał.

9.      Pod klatką, na oczach zdumionych sąsiadów: Ale było zajebiście!!!

To moja trzecia biegowa zima i może dlatego, że swoją „karierę” biegową zaczęłam właśnie od tej pory roku, do biegania zimą mam olbrzymi sentyment. I uważam, że nic tak dobrze nie przygotuje do wiosennego sezonu jak przetrenowana zima. I to przetrenowana w terenie, nie na bieżni, nie nie!

Tak naprawdę są tylko dwie rzeczy, które odstraszają od zimowego biegania. Ale waga tych argumentów jest niebagatelna. Po pierwsze – temperatura. Gdy człowiek wychodząc w kożuchu, owinięty trzema szalikami, w kozakach i futrzanej czapce i tak trzęsie się z zimna, nawet nie chce sobie wyobrażać wychodzenia tylko w biegowych ciuchach i adidaskach. Po drugie – lód, ślisko albo śnieg, zaspy, niestabilne podłoże…niebezpiecznie i łatwiej o kontuzje. W Krakowie dochodzi powód trzeci, czyli zanieczyszczenie powietrza spowodowane paleniem w okolicznych piecach różnymi syfami. A jednak wciąż uważam, że zimą biegać należy. Dlaczego?
 
 
 
 
Wbrew pozorom bieganie przy niskich temperaturach jest przyjemniejsze niż przy upałach. Przy współczesnej technologii używanej do tworzenia treningowych ciuchów wcale nie musisz zakładać na siebie ton odzieży, żeby czuć się komfortowo. Organizm się nie przegrzewa, nie odwadniam się po 10 km, biegnie mi się swobodnie i pewnie. Oczywiście jeśli zignoruję nieustanne lanie się z nosaJ Pierwszą swoją zimę przebiegałam w bawełnie i swetrze z owczej wełny i teraz nawet myślę o tym z sentymentem.
Po drugie – w terenie jest zdecydowanie mniej spacerowiczów/rolkarzy/rowerzystów, nawet biegaczy. Lubię samotne ścieżki, więc mnie to pasi, tylko ja i zamarznięty zalew.
Po trzecie – bieganie zimą to świetny trening siłowy. Właśnie przez to niestabilne podłoże, zapadanie się w śniegu, ślizganie, brodzenie po zaspach. To wszystko sprawia, że nie robisz rewelacyjnych czasów, ale za to wzmacniasz mięśnie nóg i pośladków. Brodzenie po zaspach wymaga większego wysiłku, więc robisz to na wyższym tętnie, ale za to potem, gdy wrócisz na „normalny” asfalt, będzie się biegło lekko i przyjemnie. I znacznie szybciej niż przed sezonem zimowym. Doświadczyłam tego zeszłej zimy, kiedy po sezonie brodzenia po kolana w śniegu pojechałam na pierwszy wiosenny półmaraton do Paryża i wykręciłam czas o 21 minut lepszy niż w ostatnim swoim biegu na tym samym dystansie.
Po czwarte – bieganie zimą sprawia nieziemską satysfakcję. Głównie spowodowaną tym, że pokonało się swojego lenia i wyszło z domu! Miny ludzi, których mijam – ja w polarowej bluzie i geterkach a oni zamknięci w swoich metalowych puszkach i okutani po czubki uszu – bezcenne J A jeszcze jak się na swojej drodze spotka podobnego świra, który zapyla przy -13 życie od razu staje się piękniejsze.
I tym optymistycznym akcentem …mam nadzieję, że spotkamy się na śniegu.
 
 
 
 
 
 
 

środa, 15 stycznia 2014

Nieuprzejma egoistka


Koleżanka zapytała mnie niedawno, czy od kiedy zaczęłam biegać, moje życie się zmieniło. A właściwie czy zmieniłam się ja jako osoba, bo bynajmniej nie chodziło o zmianę diety, mniej centymetrów w pasie czy mniej czasu spędzanego przed komputerem (telewizora nie mam od lat 20 i tego się będę trzymać). Zastanowiłam się i muszę przyznać – tak. Zmieniłam się. Mam też wrażenie, że są to zmiany, które tak zwany „ogół” ocenia negatywnie. 
 
 
 
 
 
Pierwsza, największa zmiana to podejście do problemów. Pierwszy przebiegnięty maraton dał mi świadomość, że jeśli czegoś bardzo chcę, to mogę to zrobić. Najważniejsze, to się nie poddać. Ile razy poddajemy się na samym początku, nawet nie podejmując próby osiągnięcia tego, o czym marzymy? Nie podejdziemy do tego fajnego chłopaka, bo na pewno on ma stado pięknych kobiet dookoła siebie i nie mam szans. Albo nie złożymy cv w wymarzonej firmie, bo teraz wiadomo, kryzys, i na pewno nie szukają nikogo do pracy. Nie zaczynamy, bo boimy się porażki. A przecież, gdybyśmy spróbowali, mielibyśmy cień szansy na sukces. Cień szansy to lepiej niż nic, które nam zostaje, jak nie podejmujemy próby. Pamiętam taką anegdotę o generale Wieniawie-Długoszowskim. Jako młody oficer, znany z pociągu do pięknych kobiet, Wieniawa miał zwyczaj podchodzić na ulicy do upatrzonej damy, grzecznie salutować i mówić „jestem porucznik Wieniawa – Długoszowski. Czy uczyniłaby mi pani ten zaszczyt i poszła ze mną do łóżka?”. Zapytany o efekty takiego postępowania Wieniawa wyznał, że w połowie przypadków dostaje po twarzy. Ale w połowie…”Per saldo i tak jestem in plus” podsumował wojskowy, znany zresztą ze swojego powodzenia u płci pięknej. Anegdota anegdotą, ale wiecie już chyba o czym mówię?

No więc pierwsza moja zmiana – próbować. Jasno określać swoje cele, drogę do nich i mieć determinację w ich realizacji. Determinacja to druga zmiana. Jeśli czegoś bardzo chcę, to znajduję sposób żeby to osiągnąć. W nikłym procencie okoliczności zewnętrzne rzeczywiście stoją na przeszkodzie. Bo jeśli naprawdę chcesz, to większość problemów rozwiążesz. Jeśli na pierwszy rzut oka wydaje ci się, że coś jest nie do zrealizowania i z tego rezygnujesz to znaczy, że nie chcesz wystarczająco mocno. Przykład? Wiele z moich koleżanek narzeka, że przytyły po ciąży. Żadna z nich nie robi NIC w kierunku schudnięcia. A ja będę się upierać, że osoba gruba jest gruba na własne życzenie.

Kolejna zmiana – ustalanie priorytetów.  Tak, to mieści się w kategoriach szukania drogi do celu. Mam kontuzję kolana na przykład. Mogę z nią od biedy pobiec ok. 20 km. Ważniejszy jest dla mnie maraton w kwietniu czy półmaraton w listopadzie? Owszem, pobiegnę w listopadzie, ale bynajmniej tym kontuzji nie wyleczę. Więc biec, czy zrezygnować, szykując się na ten późniejszy maraton? Albo – co w moim życiu miało może większe znaczenie – zrezygnować z treningów aikido na czas przygotowywania się do maratonów, bo wiem, że obu rzeczy fizycznie nie uciągnę? Priorytety. Skupienie się na tym, co najważniejsze.

Czytałam niedawno o polskiej himalaistce, która poszła w góry na wyprawę życia, zostawiając w domu malutką córeczkę. Zginęła. Córka powiedziała „dziś moją matkę odsądzano by od czci i wiary”. To prawda. Ale ujęła mnie akceptacja tej córki dla działań matki. Tak, biegacze są egoistami. Himalaiści są egoistami. Sportowcy są egoistami. I każdy, kto ma jakąś pasję. Pasja nie zostawia ci wielkiego wyboru i często skłania do robienia tego, co innym może się wydawać nieludzkie czy nie do przyjęcia.

Ostatnie, chyba najbardziej widoczne – to, co wyżej, czyli safe energy mode. Moje życie kilkanaście miesięcy temu przypominało rozłożony wachlarz. Mnóstwo ludzi, znajomych, dyskusji, wyrażania opinii, naprawiania stosunków, które zawsze się jakoś popsują, szukanie kompromisów. Człowiek się przy tym denerwuje, szaleją w nim emocje – a to kosztuje dużo energii. Powoli więc, zupełnie niezauważalnie dla siebie na początku zaczęłam składać ten wachlarz. Jeśli komuś coś we mnie kiedyś nie pasowało, szukałam rozwiązań. Teraz szybko analizuję – czy ta osoba jest dla mnie ważna? Czy coś wnosi do mojego życia, w jakiś sposób je rozwija, wzbogaca, ubarwia? Jeśli odpowiedź jest negatywna – won z tym. Nie staram się. Przestałam się przejmować tym, co inni o mnie myślą czy mówią. Szkoda energii. Tak samo szkoda energii na uprzejme zachowywanie milczenia, jeśli coś ci nie pasuje i nie gra. I tak, potraciłam kilku znajomych. Czy żałuję? Nie. Czas i energię poświęcaną im poświęcam na trening. Jestem mniej miła i uprzejma? C’est la vie!


środa, 8 stycznia 2014

Biegać zdrowo – czy tak się w ogóle da?


Od niedawna Polska przeżywa prawdziwy boom biegowy. Biegają wszyscy, niezależnie od wieku, płci i kondycji fizycznej. Nawet w moim zapyziałym rodzinnym miasteczku w tegoroczne święta podczas wigilijnej przebieżki spotkałam biegacza, a to już o czymś świadczy. Jednocześnie w ubiegłym roku podczas warszawskiego biegu młody (młodszy w każdym razie ode mnie) mężczyzna zmarł, co wywołało prawdziwą medialną nagonkę i serię opinii lekarzy i innych specjalistów, że to bieganie wcale nie jest takie zdrowe, jak to mówiono jeszcze miesiąc przed wypadkiem.

No to jest zdrowe czy nie?
 
 
Wszystkimi łapkami podpisuję się pod zdaniem, że każdy, kto chce biegać, powinien się przebadać. Tylko że…no właśnie. Raz, przed półmaratonem w Paryżu, chciałam to zrobić. Podczas tamtego biegu wymagano zaświadczenia lekarskiego, a nie tylko, tak jak w większości zawodów, oświadczenia biegacza. Cóż się okazało. Zwykły lekarz mnie nie przebada na okoliczność takiego biegu. Nawet mnie nie skieruje na badania. Odeśle mnie na poszukiwanie lekarza sportowego. Takowego znalazłam. Odmówił, twierdząc, że potrzebuję lekarza sportowego specjalizującego się w bieganiu (!!!). Taki w Małopolsce jest jeden. Oczywiście, za wizytę trzeba było zapłacić grube pieniądze. I wizytę wyznaczono mi…za trzy miesiące. Bieg był za dwa. Lekarz przyznał bez ogródek, że jest zawalony robotą dla klubów sportowych. W efekcie znalazłam znajomego konowała, który postawił pieczątkę w odpowiednim miejscu. Od tamtej pory bazuję na znajomych fizjoterapeuch i trenerach, których wiedza jest, na szczęście, dla mnie wystarczająca (już nie wspominam o tym, że przecież ja sama jakieś tam doświadczenie sportowe posiadam). Ale jeśli ktoś, kto zaczyna przygodę z bieganiem, chciałby ją zacząć zdrowo i jak bozia przykazała, polska służba zdrowia pokazuje mu palec. A biegać ludzie chcą, bo w tivi byle karaluch celebrycki trzaska triatlon, to przecież i oni mogą. Tylko że tivi nie pokazuje trenerów, pracujących nad wspomnianym celebrytą i często wielomiesięcznych przygotowań. A nie da się, po kilku lub nawet kilkunastu latach siedzenia na kanapie przed telewizorem z puszką piwa wstać i przebiec wyścigu. No nie da się, przy całym moim optymizmie, że chcieć to móc. To „móc” raczej wynika z jasno określonego celu, planu, jak do niego dojść i konsekwencji w realizacji planu, a nie działania na „hurrra”.
 
Jeśli więc wiemy, że na służbę zdrowia liczyć nie możemy, to co zrobić, żeby biegać zdrowo i bezpiecznie?
- jeśli zaczynamy przygodę z ruchem, mądrze by było zainwestować w trenera. Chociaż w kilka spotkań. Zwłaszcza jeśli mamy kłopoty z nadwagą, co oznacza kłopoty ze stawami i krążeniem. To i tak jest tańsze niż potem wizyty u lekarza. Trenera wybierzmy mądrze – popytajmy wśród jego podopiecznych, sprawdźmy, jakie ma kursy i kwalifikacje. To nic wstydliwego. Chodzi o nasze zdrowie.
- nie dawajmy się ponieść entuzjazmowi. Chcemy szybko, dużo, mocno, najlepiej natychmiast. W efekcie dorabiamy się kontuzji i zniechęcamy, a szkoda. Zaczynajmy powoli, od marszobiegów, niskiego tempa, krótkich dystansów. Jeden z moich kolegów, też biegających, powiedział, że lepiej stawiać sobie kilka mniejszych celów niż jeden duży. Łatwiej nam je osiągnąć, dzięki czemu mamy motywację.
- nie lekceważmy sygnałów własnego organizmu. Wbrew pozorom to, że coś nas zaczyna boleć, to dobrze.  To sygnał, że coś robimy nie tak – źle ćwiczymy lub czegoś nie robimy. Nie lekceważmy tego, ale nie przestawajmy się ruszać. Zmodyfikujmy trening. Najczęściej podczas biegania boli nas kręgosłup, zwłaszcza część lędźwiowa, kolana, ścięgna achillesa, piszczele. Pomóc nam może trener z doświadczeniem fizjoterapeutycznym lub fizjoterapeuta. Wiecie, że ja swojego pierwszego maratonu nie skończyłam? Wysunął mi się dysk na 25. kilometrze, uniemożliwiając dalszy bieg. Zdesperowana udałam się do swojego kolegi fizjoterapeuty i przez kilka miesięcy wykonywałam co godzina zadane ćwiczenia (zadzierając kieckę, zdejmując szpilki i padając na podłogę w swoim gabinecie), spałam i siedziałam w określony sposób. Efekt? W pięć miesięcy później przebiegłam maraton J Od tamtej pory regularnie ćwiczę mięśnie pleców. Zaczęło boleć kolano? No tak, lekceważyłam rozgrzewki i rozciąganie, odezwało się pasmo piszczelowo-biodrowe. Teraz trzeba skrócić dystanse i rozciągać, rozciągać…
- zainwestujmy w dobre buty. To chyba jedyny wymóg sprzętowy przy bieganiu, co do którego będę się upierać jak osioł. Dobre buty pozwolą ci uniknąć kłopotów ze stawami kolanowymi i biodrowymi, ze ścięgnami…Tak, to wydatek kilkuset złotych, nie ma co się oszukiwać, ale całą resztę możecie olać. I to samo – idźcie do specjalistycznych sklepów biegowych, a nie sieciówek, nawet związanych ze sportem, niekoniecznie też do sklepów firmowych. Profesjonalny sprzedawca zapyta was o rodzaj treningu, podłoże, dystans, wagę, sprawdzi rodzaj ustawienia stopy, czasem każe się przebiec na bieżni. Zapytajcie go, czy też biega, czy sprawdził obuwie, które wam poleca. To samo – nie wstydźcie się. A przy okazji może nawiążecie ciekawą znajomość.
I ostatnia rada – z głową wszystko trzeba robić, z głową! Nie szarżować, nie pomijać objawów, nie biegać za wszelką cenę jak boli, bo akurat macie start na ważnych zawodach. Czasem dla dużych celów trzeba poświęcić małe.
 

czwartek, 2 stycznia 2014

Czas podsumowań, czas planów



No i stary rok zakończony został X Krakowskim Biegiem Sylwestrowym – najsympatyczniejszą znaną mi imprezą biegową, gdzie zamiast bicia rekordów i robienia dobrych czasów liczy się przede wszystkim zabawa – dobre przebranie i fantazja. Tym samym zakończyłam rok, w którym przebiegłam  łącznie 1075 kilometrów. Jak się to rozłoży na 365 dni wcale nie wychodzi tak dużo, bo niecałe 3 km dziennie. To też dziennie niecałe 20 minut! I to powinno być odpowiedzią dla wszystkich tych, co narzekają, że nie mają czasu biegać. Nie wierzę, że nie znajdzie się codziennie ten kwadrans – cały problem z bieganiem tkwi więc w głowie!!! Ot, żeby zmusić się do wyjścia, zamiast ćwiczyć kciuk na pilocie. 

Fot. Jan Graczyński


A ja robię biegowe plany na 2014…Na pewno wśród nich jest maraton w Dębnie na początku kwietnia, ostatni, którego brakuje mi do zrobienia Korony Maratonów Polskich, no i 66 km we wrześniu w Krynicy. Szczególnie to drugie będzie wymagało ode mnie dużo pracy, bo muszę po pierwsze zwiększyć tygodniowy kilometraż i przestać się nareszcie opierdalać, a po drugie – trzeba zacząć biegać po górach. Logistycznie uciążliwe :-( Z inych planów już wiem, że w maju pobiegnę Cracovia Maraton, dwa tygodnie wcześniej półmaraton w Puszczy Niepołomickiej, a na drugą połowę roku zostawiam sobie krakowskie Trzy Kopce i – oczywiście – Bieg Sylwestrowy. Co będzie pomiędzy tymi datami nie mam bladego pojęcia, bo chcę zmieścić jeszcze zagraniczne seminaria i obozy aikido. Ciut dużo mi tych treningów biegowych i nie tylko wychodzi, bo przecież jeszcze trzeba się rozciągać, ćwiczyć wydolność (najlepszy dla mnie do tego jest spinning) i wzmacniać plecy (mój dysk ma tendencje do wysuwania się). Oczywiście, że wszystko się da, będzie to tylko wymagało dyscypliny, a to zawsze sprawiało mi kłopot. Na razie kombinuję z tabelkami w excelu, wpisując kiedy, co i gdzie. No i tych wszystkich aktywności pojawia mi się strasznie dużo, bo ok. 15 godzin tygodniowo. Jak sobie pomyślę, że w podstawówce na wu-efie to głównie zwalniałam się z ćwiczeń…
 
Ale, z drugiej strony, bardzo mnie to cieszy, że mam jeszcze energię i że mi się chce. W tym roku kończę 40 lat i wcale ale to wcale nie czuję się jak zramolała staruszka, chociaż wielu znajomych w moim wieku zaczyna się zachowywać tak, jakby przy 40-tce to człowiekowi nagle wyrastał balkonik. Nigdy nie zapomnę swojej koleżanki z liceum, która zadzwoniła do mnie w przeddzień mojego pierwszego maratonu i zaczęła narzekać, że my, w naszym wieku, to musimy już dbać o siebie, regularnie się badać, oszczędzać zdrowie…Ona np. postanowiła codziennie chodzić na 10-minutowy spacer,  tak nie za szybko, bo to jednak kości już nie te, a złamania w naszym wieku… Słuchałam tego, kompletnie osłupiała, kilka minut i wcale nie byłam pewna, czy mi się to nie śni. W końcu jej przerwałam „Ale o czym ty w ogóle mówisz? Ja jutro biegnę maraton!”. Nie odezwała się nigdy więcej.  A szkoda. Bo może bym ją przekonała, że człowiek ma tyle lat na ile się czuje? I że jeśli naprawdę chcesz biegać, to wiek nie ma znaczenia? Wystarczy tylko odpowiedni trening…
A może bym jej powiedziała, że kobiety w naszym wieku mają akurat szczyt możliwości jeżeli chodzi o wydolność organizmu? Zresztą – czy marzenia i cele mają być zależne od wieku? Zdecydowanie nie. 


Moje 40. Urodziny przypadają w weekend. I niech mnie dunder świśnie, jeżeli sobie nie pyknę jakiś zawodów tego dnia.

środa, 18 grudnia 2013

Biegać by chudnąć czy chudnąć by biegać


Hello, jak tam wasze biegowe treningi? Przyznać się, ile przebiegliście przez ostatni tydzień?

Tak jak obiecałam ostatnio, dzisiaj napiszę o jedzeniu podczas biegania, po bieganiu i przed bieganiem. Przy czym zaznaczam, że nie jestem dietetykiem (chociaż przez lata trenowania różnych rzeczy czegoś tam o zdrowym żywieniu się nauczyłam), a wszystko, o czym tutaj napiszę jest wynikiem moich osobistych doświadczeń i doświadczeń moich biegających przyjaciół. Jeśli ktoś ma własne zdanie – zapraszam do dyskusji. Tak nawiasem mówiąc – uwielbiam gotować, szczególnie lubię kuchnię hiszpańską i włoską.

Po pierwsze – zaczęłam biegać nie po to, żeby schudnąć, tylko dlatego, że nie miałam żadnej innej możliwości ruchu. Ale biegając przez dwa lata zrzuciłam 9 kilo, a co dla mnie ważniejsze, z rozmiaru 44 przeszłam na 38. Moja waga nie spadła nagle, a raczej ubywało mi po 10 – 15 gramów. Przy czym dalej nie biegam po to, żeby schudnąć. I choć wiem, że z moją wagą biega mi się ciężej niż gdybym była lżejsza, nie wprowadzam też żadnej diety, żeby uzyskać mniejszą wagę. Stosowanie diety w celu obniżenia wagi, jeśli chcemy lepiej, lżej, swobodniej i bardziej bezpiecznie (szczególnie jeżeli chodzi o stawy kolanowe) biegać ma sens, ale przy krótszych dystansach. Przy czym i tak zalecam daleko idący umiar, bo jeśli z tą drastyczną dietą przesadzimy, nie będziemy mieli siły biegać. Natomiast przy dystansie zakładającym co najmniej godzinne bieganie 3-4 razy w tygodniu, nie mówię już o dłuższych kilometrażach ograniczanie spożycia kalorii jest po prostu niebezpieczne. Wiecie, ile potrafią jeść ultramaratończycy lub ci, którzy trenują do Ironmana? Do 10 tys. kalorii. Dziennie!!! Czemu tak dużo? Bo przy długotrwałym treningu (mam na myśli raczej trenowanie w przeciągu roku, a nie w czasie doby) twój organizm pozbywa się wszelkich zapasów – czy to tłuszczu czy glikogenu. Musisz jeść, inaczej zacznie spalać mięśnie, bo przecież biegasz dalej. Nie jesz, to nie masz siły podnosić nóżek, nie mówiąc już o szybszym tempie czy biegach bardziej wymagających, np. po górach. A nie o to nam chodzi. Nie oznacza to, że nie możemy jeść mądrzej. Przy czym ja jedzenie biegowe dzielę na kilka dwie grupy – jedzenie przy codziennym bieganiu i jedzenie związane ze startem w zawodach. Bo ciut ono się jednak różni.
 

Nie będę się rozpisywać dokładnie co jem, czego nie, od tego są specjaliści, zresztą – to, co jest dobre dla mnie, niekoniecznie jest dobre dla kogoś innego. Koleżanka niedawno zapytała mnie, czy bardzo zmieniłam swoją dietę i w pierwszym momencie chciałam odpowiedzieć, że nie, ale jednak. Nazwałabym to raczej modyfikacjami, które wbrew pozorom dają duże efekty.

Gdy zaczęłam biegać, kolega trener-dietetyk po pierwsze kategorycznie zażądał ode mnie jedzenia śniadań i regularnych posiłków co trzy godziny (wychodzi 5-6 dziennie). W ciągu dnia jem na dwie godziny przed biegowym treningiem i zaraz po. Najważniejsze - nie podjadam między posiłkami i nie jem na noc, a pierwszy posiłek jem do 40 minut po obudzeniu. Tak naprawdę, jeśli ktoś ma kłopoty z nadprogramowymi kilogramami, regulacją pór posiłków jest już w stanie kilka z nich zrzucić (sprawdzone na osobie, która nie ćwiczy nic). I uregulowanie pór posiłków oraz wprowadzenie śniadań to najważniejsza zmiana w moim żywieniu.

Nie unikam węglowodanów! To one dostarczają mi paliwa niezbędnego do biegania na długie dystanse. Ich ograniczenie powoduje natomiast senność i ospałość, nie mówiąc już o bonusach w postaci migren. Śniadanie, zwłaszcza przed biegiem, musi być energetyczne – ja preferuję płatki owsiane na mleku, na ciepło, z dodatkiem soli, ale można też w wersji na słodko, z owocami i orzechami, albo z jogurtem. Co komu do głowy przyjdzie. Przekonałam się do razowych makaronów, jem dosyć często, zwłaszcza w okresie wzmożonych treningów czy przed startem.

Nigdy nie jadałam fastfoodów i dalej nie mam na nie ochoty, nie pijam niegazowanych napoi (gazowanych też zresztą nie – ograniczam się do wody i kawy, w trakcie zawodów biegowych izotoników), chleb – i to tylko gruboziarnisty – jadam z rzadka, podobnie jak ziemniaki. Tych używam tak jak w kuchni hiszpańskiej – jak każdego innego warzywa, a nie obowiązkowego dodatku. Gotowane ziemniaki natomiast, podobnie jak banany, na długich dystansach są niezastąpionym źródłem długouwalnianych węglowodanów. Słodyczy nie jadam. Nie uciekam, ale – tu moja niecodzienna obserwacja – przestałam mieć na nie ochotę. O ile kiedyś potrafiłam zjeść całą tabliczkę czekolady na raz, to teraz patrzę na czekoladę obojętnie. Nie polecam przed czy podczas biegania – owszem, czekolada (czy cukier, czy ciasteczko, czy cukierek) potrafią dać natychmiastowego kopa energetycznego, ale poziom tej energii równie szybko spada i to – jak zaobserwowałam – do poziomu niższego niż na początku. Nadmierna ilość słodyczy powoduje ociężałość, a to przeszkadza w bieganiu. Unikałabym także jedzenia batoników zaraz po biegu, nawet jeśli strasznie macie na to ochotę. Lepiej zjeść banana (nie lubiłam ich wcześniej, teraz uznaję ten owoc za najlepszego przyjaciela biegacza).

Mięso – tu też właściwie nie zmieniałam nawyków, jadam drób. Ale nie uciekam od wieprzowiny i wołowiny z krzykiem (trudno mi sobie wyobrazić jedną z moich ulubionych potraw, chili con carne, z kurczakiem). Natomiast nie łączę mięsa w typowe polskie danie, z furą ziemniaków i surówką. Jeśli mięso, to tylko z warzywami, bez innych dodatków. Nie jem ryb, chociaż pewnie powinnam, bo w Krakowie trudno o dobrą morską rybę, a słodkowodnych nie lubię.

Alkohol – no nie da się. Uwielbiam wino, ale alkohol i bieganie się wykluczają. Nawet jeden kieliszek wina potrafi powodować duże odwodnienie, przy dłuższym biegu kłopoty z równowagą, ogólnie złe samopoczucie, ciężkie nogi…no fatalnie. Po biegu, zwłaszcza w gorące dni można wypić piwo, szczególnie polecam pszeniczne (wypróbowane przez lata treningów w Bawarii), ale bez przesady. Jeśli szykuję się do startu – tak na trzy tygodnie polecam odstawienie alkoholu całkiem. Zdarzyło mi się parę razy biec na kacy, nie polecam. Widzę różnicę w tempie biegu i już.

To chyba tyle o MOIM jedzeniu. Chyba się sprawdza, biorąc pod uwagę po pierwsze nieustającą, ale konsekwentną zmianę wagi oraz to, że w tym roku na każdym dystansie poprawiłam swój czas o średnio 20 minut.

A wy? Co się sprawdza u was?

 


 

 

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Krótkie nóżki żółwia kontra pęciny gazeli


Dziś będzie o predyspozycjach do biegania. Których – z góry mówię – nie mam i mieć nigdy nie będę.

Jacy są biegacze długodystansowi pewnie wiecie. Małe toto, chude, na maksa odtłuszczone, chude rączki, chude nóżki z potężnymi (proporcjonalnie do reszty) mięśniami ud. Na przykład Kenijczycy czy Jamajczycy. Chudzi i smukli są też sprinterzy – już wyżsi, z długimi nogami i solidnymi stawami skokowymi. A ja przy nich co? 157 cm wzrostu, czyli siedzący pies w kapeluszu. Jak to się ładnie mówi – kobieca budowa ciała, czyli szerokie biodra i spory biust, który okropnie przeszkadza przy bieganiu. Szerokie plecy. Krótkie, mocno zbudowane nogi, zwłaszcza rozbudowane uda. Duża waga (gdy zaczynałam biegać, było to 72 kilo, teraz jest 63). Taki mały czołg raczej do obrony stacjonarnej niż rakieta. Jak zaczynałam biegać i przeżywałam pierwsze zachwyty, od jednego ze znajomych usłyszałam „jak ktoś jest gruby tak jak ty, nie będzie biegał”. Inny wyznał, że nigdy nie przypuszczał, że mogę biegać na długie dystanse. A miałam za sobą wtedy już dwa maratony…

Jaki z tego jest wniosek? Jeśli naprawdę chcesz biegać, to twój wygląd i wiek nie mają najmniejszego znaczenia. Owszem – jest typ budowy, który daje ci lepsze możliwości na starcie, ale i tak na końcu wszystko zależy od tego, co z tymi początkowymi warunkami zrobisz. Naprawdę nie przypuszczacie nawet, ile można osiągnąć odpowiednim treningiem czy motywacją. Może nie osiągniecie tempa Kenijczyka w maratonie (ponad 20 km/h), ale nie oznacza to tego, że nie możecie zrobić np. dobrego czasu, jeśli tylko naprawdę chcecie to osiągnąć. Widziałam już świetnie wyglądających, młodych, szczupłych mężczyzn, ze zdawałoby się idealnymi warunkami do biegania, którzy zostawali daleko w tyle za pomarszczoną, przygarbioną, biegnącą jak łamaga staruszką.

A co pomaga żółwiowi w ściganiu się z gazelą? Przede wszystkim cierpliwość, upór i determinacja. Najpierw żółw wyznacza sobie jasno cel – np. w marcu chcę przebiec półmaraton.  Albo – tak jak to było ze mną na początku – w tym miesiącu przebiegnę łącznie 60 km. Potem trzeba poszukać sposobu. Wszystko jest ważne – czy coś trenowaliśmy wcześniej, czy dopiero zaczynamy przygodę z bieganiem, jak jemy, ile mamy czasu na trening, czy coś nam dolega. Stawiajmy sobie na początek małe cele, łatwiej osiągniemy sukces. Każdy sukces będzie nam dawał siłę do kolejnego wyzwania – czyli np. 80 km przebiegniętych w miesiącu…100 km…

 Ja chodziłam na siłownię 4-5 razy w tygodniu. Nie za każdym razem biegałam. Zaczynałam od marszobiegu (tak, wykorzystywałam „chomika”, czyli bieżnię. Na początku bieżnia daje nam łatwość w kontrolowaniu czasu i tempa), gdzie marsz w tempie ok. 6 km/h przeplatałam lekkim truchtem 7-7.5 km/h. I tak 40 minut. Stopniowo zmniejszałam czas marszu na rzecz truchtu: czyli 1 minutę maszerowałam, 5 minut truchtałam i tak co najmniej 3 razy w tygodniu, co drugi dzień. Potem, gdy już udało mi się całe te 40 minut przetruchtać, wydłużałam ten czas, stopniowo, o jeden punkcik zwiększając tempo. Pomogło mi, gdy w miesiąc po rozpoczęciu przeze mnie biegania, część treningu biegowego na bieżni zastąpiłam treningiem w terenie. W terenie biegnie się znacznie łatwiej i o dziwo – znacznie szybciej. W efekcie swój pierwszy półmaraton – w cztery miesiące po rozpoczęciu przeze mnie biegania – przebiegłam w czasie 2.27 minut, czyli ok. 8,5 km/h. Dziś moje komfortowe tempo, które mogę utrzymywać ok. 2 godzin to 10.5 km/h. Mam nadzieję, że widzicie progres J

Co mi pomogło w bieganiu:

-  to, że chodziłam na zajęcia ze spinningu ( czyli rowery stacjonarne), które po pierwsze bardzo wzmacniają nogi, nie obciążając jednocześnie kolan a po drugie budują wydolność;

- buty. Każdą inną część ubrania możecie mieć byle jaką, ale w dobre buty trzeba zainwestować. Zwłaszcza, jeśli tak jak ja cierpicie na nadmiar kilogramów. Jeśli biegacie po betonie, cierpią na tym wasze stawy kolanowe i wasz kręgosłup. Potrzebujecie butów, które zamortyzują uderzenia stóp o podłoże. Kupując buty nie sugerujcie się ceną – drogie nie zawsze znaczy odpowiednie. Raczej idźcie do specjalistycznego sklepu i poproście i radę personel. Nie wstydźcie się zapytać, czy ekspedient biega!!! Na złe buty szkoda stawów.

- trener. Może go zastąpić ktoś, kto ma już za sobą jakieś biegowe doświadczenie. Szybciej i lepiej niż samodzielnie szukać porad w Internecie (nie zawsze adekwatnych).

Żółw, żeby zacząć biegać, potrzebuje wytrwałości i pokory. Zasada „szybko i dużo” nie zdaje tu egzaminu, chyba że chodzi wam o zniechęcenie się lub nabawienie kontuzji. A więc nie 10 km od razu, ale 3. Nie godzinę, ale 20 minut. Za to regularnie, konsekwentnie, nawet jeśli pada śnieg, żona napiekła ciastek i przyjechali goście. Ja przez swoją pierwszą zimę biegałam ok. 21-szej, nawet później, po ciemku, w śniegu, przy 13 stopniach mrozu. Bo jeśli chcesz – to możesz.

 
A następnym razem będzie o jedzeniu biegacza.
 
 
Na zdjęciu - po moim pierwszym półmaratonie, krakowskiej Marzannie, marzec 2012.