środa, 20 sierpnia 2014

Bieg Katorżnika czyli jak taplałam się w błocie


No i bach! Ostatnio podjęłam dwie ważne decyzje związane z bieganiem. Jedną przemyślaną bardzo gruntownie, drugą absolutnie spontanicznie, w ciągu trzech sekund. Pierwsza to rezygnacja z tegorocznego udziału w biegu na 66 km na Festiwalu Biegowym w Krynicy. Druga to wzięcie udziału w Biegu Katorżnika.

Może najpierw o rezygnacji. Ultramaraton chodzi za mną od dłuższego czasu, a w tle głowy gdzieś się przewija Bieg Granią Tatr. Stąd Krynica. Ale przyznaję, że ostatnio bieganie, nawet na 10 km sprawia mi sporą trudność, zebrać się jest mi strasznie ciężko i mimo, że biegam trzy razy w tygodniu, dystanse nie są za długie. Podbiegów nie lubię i mi ewidentnie nie leżą, więc z uporem maniaka wybieram też trasy pod górę. A podczas wyjazdu służbowego w okolice Gorlic postanowiłam wykorzystać teren i potrenować podbiegi. I przyznaję – nie wyrabiam. Wybierając się na zielony szlak w Magurskim Parku Narodowym miałam ambicję biec  4 minuty i minutę maszerować . Bardzo szybko zmieniłam kolejność na minutę biegu i 4 minuty marszu, a po kilometrze myślałam, że dostanę zawału. Wiem, nie powinnam zaczynać od forsownego startu, nie wspominam o bieganiu w samo południe przy niemal 30 stopniach, ale niestety biegi w takich warunkach się zdarzają, więc i trening w takich warunkach jest potrzebny. Podsumowując – jeżeli przy niecałych 5 km biegania pod górę nie wyrabiam wydolnościowo, a co gorsza – nawala mi kręgosłup lędźwiowy, to znaczy, że nie jestem przygotowana. Przy całej mojej skłonności do brawury więc postanowiłam odpuścić w tym roku i przedefiniować swój trening. Zainwestować w kijki. I zrobić sobie najpierw ultra po płaskim, zanim nauczę się biegać po górach.
 

Nie wiem czemu, ale być może sfrustrowana odłożeniem planów przyjęłam natomiast bez wahania propozycję koleżanki udziału… w Biegu Katorżnika. Koleżanka szukała kogoś do drużyny, bo start był zorganizowany, a czwarta uczestniczka odpadła. Nie zastanawiałam się nawet trzy sekundy, tym bardziej, że bieg dostałam all inclusive – z dojazdem, opłaconym startem, wyżywieniem i zakwaterowaniem. Mętnie wiedziałam, czym jest Katorżnik – a, taki bieg po chaszczach i błocie. I w ten sposób na dwa tygodnie przed biegiem znalazłam się w drużynie startującej – jak potem sobie wyczytałam – w jednym z najcięższych biegów terenowych.

Szczerze wam powiem, że gdybym zdawała sobie bardziej sprawę z tego, jak wygląda Katorżnik, to bym się nie zdecydowała na udział. Co prawda podczas samego biegu ani przez chwilę nie przemknęło mi przez głowę żeby się poddać, nie miałam też fazy takiej jak na maratonie „tu się położę i tak będę leżeć”, ale w trakcie było momentami okropnie. Przerażenie zaczęło mnie trzepać dopiero w niedzielę po biegu, jak nie mogłam spać ze strachu, bo cały czas mi się wydawało, że wpadam w wodę. Tym bardziej nie wiem, jak udało mi się pokonać pierwsze kilometry, które były w wodzie, momentami zakrywającej głowy najwyższych zawodników (ja, przypominam, mam 157 cm wzrostu. Pływać, żeby było śmiesznie, nie umiem). Żeby była jasność – zapytałam koleżankę, czy trzeba umieć pływać. Odpowiedziała że nie, że można wodę spokojnie przejść nie mocząc włosów. Nie wzięła pod uwagę, że trasę ciut zmieniono, polało trochę deszczem i sru!

No dobra – przerażona zrobiłam się już dzień przed biegiem, na miejscu, jak zobaczyłam zawodników. Wielkie, przypakowane chłopiska, żołnierze, komandosi, policjanci… Zaczęłam szczękać zębami , mam nadzieję, że otoczenie nie widziało, a gorzej było rano, gdy zobaczyłam start pierwszej grupy. Katorżnik zaczyna się bowiem od mojego koszmaru, czyli skoku do wody. I to trzeba skakać szybko, bo za tobą jest tłum ludzi, którzy cię zaraz zepchną. A jak staniesz za wszystkimi, to będziesz musiała pokonywać wodę sama, a już zdążyłam zauważyć, że ten pierwszy kilometr przez jezioro, wzdłuż linii trzcin pokonuje się grupą. Jeden zawodnik trzyma ręce innym na barkach i tak ni to płyną, ni przepychają się przez błoto. To była moja nadzieja i dlatego wystartowałam jak z pieprzem. Udało się, z pomocą koleżanki z drużyny, która mnie złapała jak się poślizgnęłam i panów dookoła, którzy mimo pośpiechu dbali o to, żebym się nie ześlizgnęła pod wodę.

 


Od razu chciałam zauważyć, że Katorżnik, przy całych swoich trudnych warunkach jest najbardziej dżentelmeńską imprezą w jakiej zdarzyło mi się brać udział. Jeden pomaga drugiemu, i nie tylko panowie paniom, ale i panie panom i w ogóle wszyscy wszystkim. Gdy szliśmy przez trzciny, głębokie rowy melioracyjne i bagienko, ten, który szedł z przodu, podawał rękę tym, którzy idą z tyłu. Ci z tyłu z kolei popychali tych z przodu, gdy trzeba było wdrapać się na wysoki śliski brzeg. Z czułością wspominam niemieckiego zawodnika, którego po wyjściu z trzcin, kiedy było trzeba przepłynąć kawałek jeziora, poprosiłam o pomoc. Kazał mi tylko się złapać i przeholował do pomostu. Na który, swoją drogą, te kilka metrów trzeba się było wdrapać po linie. Bardzo byłam z siebie dumna, że mi się to udało bo pamiętam jak jeszcze rok temu, po wszystkich moich kontuzjach z barkami w roli głównej miałam poważne problemy ze zrobieniem zwykłej pompki. To znaczy, że plan treningowy wdrożony przez trenerkę nad trenerkami, Franię, zdał egzamin J
 

Na czym polega Katorżnik? Mimo słowa „bieg” w nazwie bieganie tu jest niewiele. A jak już było to czułam się szczęśliwa jak prosię w deszcz. Głównie brodziłam w rowach melioracyjnych, w brudnej wodzie sięgającej nawet do pasa, obijając się o znajdujące się w wodzie korzenie, kamienie i konary. Wyrywałam nogi z błota albo na czworaka wyłaziłam na błotniste brzegi. Nie zdobyłam się na to, żeby do tej wody czy błota skakać z brzegu, jak to robili ci najszybsi, za bardzo się bałam tego, co w tej wodzie może być, po prostu siadałam na brzegu i zsuwałam na czterech literach. Było zimno, nogi w pewnym momencie straciły czucie, może to i dobrze bo przestałam czuć te wszystkie zadrapania i siniaki, a ich kolekcję zgromadziłam sporą. Przestałam się bać pijawek i innych zwierzątek (za to one mnie chyba się bały, bo nie zaliczyłam ani jednej). Źle mi się zrobiło mniej więcej w połowie dystansu, kiedy zostałam sama – nikogo przede mną, nikogo za mną. Nie wiedziałam, czy się zgubiłam, czy jestem ostatnia… A jak w pewnym momencie zawisłam na konarze przecinającym bagno, bo cholerne trzęsawisko nie chciało mi wypuścić drugiej nogi to pomyślałam, że chyba tu jednak zostanę. Potem jednak chyba zaliczyłam tzw. wkurw, bo jakoś udało mi się tę nogę wyszarpnąć  i nawet przyspieszyłam.

Wbrew pozorom, były i zabawne momenty. Gdy tak lazłam sama przez rowy widziałam, że niektórzy sobie skracali drogę i uprzyjemniali życie biegnąc brzegiem, o czym świadczyła wydeptana ścieżka. Odczułam pokusę, przyznaję. A potem sobie pomyślałam „chciałaś się taplać w błocie to się teraz taplaj uczciwie i ciesz każdą minutą” J Pełzłam też w pewnym momencie przez obrzydliwą, oślizgłą i pełną śmierdzącego szlamu rurę. Gdyby była na początku, pewnie bym do niej nie wlazła, a tak było mi wszystko jedno. Wyobraziłam sobie w tym momencie koleżankę, która się brzydzi nawet wejść do morza – ją w tej rurze – i dostałam autentycznej głupawki. Ludzie, którzy stali po drugiej stronie rury zobaczyli mnie wypełzającą i płaczącą ze śmiechu. Miny widzów – bezcenne. Wypełzałam też z trzęsawiska i udało mi się chwycić drzewa na brzegu. Niestety chłopak za mną się poślizgnął i żeby się nie zsunąć, złapał mnie za pupę. Grzecznie przeprosił, co ja skwitowałam radosnym „nie szkodzi, proszę częściej”.

Przed metą czekała jeszcze jakaś ciemna piwnica, zbita byle jak z bali drabina, ale już w ogóle zapomniałam, że mam lęk wysokości – i parę atrakcji typu czołganie się przez drut kolczasty i takie tam. A na mecie – kilkukilogramowy medal w kształcie podkowy i uściski kolegów z drużyny. I myśl – o ja cię!! Zrobiłam to! Na dodatek w 3 godz. i 9 minut. Na sporo ponad godzinę przed dwiema pozostałymi koleżankami z drużyny. Dla których to nie był pierwszy udział w Katorżniku.

Jestem z siebie dumna? Jestem. Dopiero w niedzielę, jak opuściła mnie już adrenalina doszło do mnie, z iloma swoimi lękami musiałam sobie dać radę. Woda, strach przed tym, że nie widzę, co mam pod nogami, pijawki i robale, lęk wysokości. Przyznam, że nawet w trakcie nie myślałam o tym, że się boję, refleksja przyszła znacznie później. Razem, oczywiście, z chęcią powtórzenia wyzwania. I żelaznym postanowieniem, że do przyszłego roku muszę nauczyć się pływać.


Z rzeczy technicznych – biegłam w zwykłej, czarnej, bawełnianej koszulce z jaskraworóżowym napisem „Stara Rura” – wzięłam ją specjalnie z myślą, że może nie będzie lepiej, ale na pewno śmieszniej. I było, bo koszulka budziła powszechny entuzjazm. Dłonie uratowały mi rękawiczki ogrodnicze, bez rękawiczek miałabym dwa befsztyki tatarskie. No i wielką niespodziankę sprawiły mi buty. Na straty przeznaczyłam Nike freeruny, bo mi źle robią przy bieganiu na długie dystanse. Buciki sprawiły się pierwsza klasa – lekkie jak powietrze, z podeszwą, która gnie się w każdą stronę i bardzo dobrze sprawdza się przy wspinaniu na nierównym terenie ze względu na przyczepność. A co ważniejsze – po ostatniej kąpieli w jeziorze freeruny wyszły w nieskalanym fluorescencyjnym różu J Wrzucone po biegu do pralki wyglądają niemal jak nówki J

 

2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy post :)

    Zapraszam również do siebie: http://scritto-con-la-pasta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. W jaki sposób weryfikowali wzrost? marzeniem mojej dziewczyny jest pobiec w katorżniku. W regulaminie jest zapis o zalecanym wzroście min. 160. Nie wiem jak to rozumieć... 1. Fajnie by było jakby miała, ale jak nie ma to robi to na własną odpiewiedzialność? 2. Nie dopuszczą ją do startu w sierpniu w biurze zawodów. Na bieg już ją zapisałem w ramach prezentu. Zaczynam się tylko zastanawiać, co z tym wzrostem. Bo poradzić sobie poradzi, to jej nie pierwsze rodeo w tym klimacie. Wzrost 152 cm.

    OdpowiedzUsuń